John Smith
Doktor
Urodził się i wychował w rodzinie, której wielu członków było studentami bądź absolwentami szkoły łowców, jego jednak nigdy nie ciągnęło do tego zawodu. Zdecydowanie bardziej interesowała go medycyna, toteż nie zważając na niezbyt przychylne nastawienie rodziców do tego pomysłu, wkrótce stał się uczniem tutejszego lekarza. Jednym z plusów obranej przez niego drogi był fakt, że musiał nauczyć się czytać i pisać. Książki od zawsze fascynowały młodego Smitha, więc potrafił spędzać godziny na studiowaniu ogromnych tomów zawierających długie opisy ziół leczniczych, jak również staranne obrazki tych roślin. Uczył się pilnie i dzięki temu szybko zyskiwał w oczach starego mentora, który pozwalał swemu uczniowi na coraz większą samodzielność. Za tym oczywiście szły pierwsze zarobione pieniądze i rodzina musiała przyznać, że droga obrana przez Johna wcale nie była taka zła.Kiedy odłożył odpowiednią ilość funduszy i uzyskał wsparcie od rodziny, udało mu się wyjechać na studia do jednego z większych miast. Nauka całkowicie go pochłonęła, ale do czasu. Otóż poznał tam pewną dziewczynę, w której się zakochał, o dziwo z wzajemnością. Po pewnym czasie wziął nawet ślub, jednak nie widział powodu, aby informować o tym swoich "bliskich". Żyło mu się całkiem dobrze i rozważał nawet zostanie tutaj na stałe, gdyby nie dwa wydarzenia, które trochę pokrzyżowały mu plany.
Ledwie parę dni po ślubie, gdy odbywał praktyki u jednego z tamtejszych medyków, przybiegł do nich późnym wieczorem pewien chłopiec z prośbą o pomoc. Smith miał właśnie wracać do domu, ale jego mentor kazał mu iść i zobaczyć, o co chodzi. Student bez szemrania zrobił to, co mu kazali i już po paru chwilach wpadł razem z chłopcem do domu w biedniejszej dzielnicy miasta. W środku znajdowali się rodzice dzieciaka, który sprowadził tutaj Johna - ojciec leżał na łożu, wyglądał naprawdę marnie, a matka siedziała obok niego na stoliku i lamentowała. Objawy były dość poważne, bo chory miał wysoką gorączkę, dreszcze i nie wiadomo co jeszcze. Właściwie jedyne, co młody medyk mógł zrobić, to próby zbicia temperatury chłodnym okładem i modlenie się o cud... ale w pewnym momencie coś się zmieniło. Przez okno wpadło światło księżyca (pełnia była) i chory mężczyzna zaczął się zmieniać. Najwidoczniej coś go ugryzło w ciągu ostatniego miesiąca, bo sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Tego, co było dalej, Smith do końca nie pamięta. Tylko tyle, że było dużo krwi. Wrócił do domu nad ranem, ku niezadowoleniu i zmartwieniu żony, w nieco poszarpanych ubraniach, choć całkiem skutecznie starał się maskować ślad ugryzienia. Sam zajął się opatrywaniem własnych ran, z początku uparcie odmawiając pomocy ukochanej. W końcu uznał, że nie może mieć przed nią tajemnic i opowiedział wszystko. Zniosła to dość dobrze i obiecała, że jakoś razem dadzą radę... lecz nie było jej dane dotrzymać obietnicy.
Nie minął nawet miesiąc, nim Rose (bo tak miała na imię małżonka Smitha) została porwana. Ktoś musiał wiedzieć o ich małej tajemnicy, bo obrano ją za cel prawdopodobnie właśnie przez wilkołactwo Johna. Nie było to takie niemożliwe, gdyż w okolicy tamtego domu, w którym doszło do ugryzienia, mogło być sporo świadków. Po stracie ukochanej, Smith przez pół roku tropił tych, którzy mogli mu ją odebrać, nim ostatecznie się poddał i pogodził z myślą o tym, że już jej więcej nie zobaczy. Dokończył studia i wrócił do rodzinnego miasta, gdzie szybko nauczył się udawać dawnego siebie. Z czasem udawanie zamieniło się w naturalność, choć wciąż miewa chwile, gdy potrzebuje samotności i prześladują go wspomnienia. Zdołał też odkryć, że gdy unika jakiegokolwiek kontaktu z księżycem w pełni, czy jego światłem, do przemiany nie dochodzi i pozostaje normalnym człowiekiem. Tyle tylko, że nie czuje się wtedy najlepiej.
W międzyczasie miejscowy lekarz robił się coraz starszy i Smith musiał przejmować więcej jego obowiązków. Wśród mieszkańców miasta stał się znany po prostu jako Doktor i tak też większość z nich się do niego zwraca. Część nawet zdążyła już zapomnieć, jak on właściwie się nazywa.
Mimo że jego rodzina to zapaleni łowcy i przeciwnicy smoków, Smith nie podziela tej urazy. Stara się zachować neutralność, co wcale nie jest łatwe, gdy się ma na głowie tylu pacjentów. W końcu zarówno obcowanie ze smokami, jak i zawód łowcy są bardzo niebezpieczne, więc Doktor nigdy nie narzekał na brak zajęcia.
Co ciekawe, Smith nigdy nie nosi ze sobą broni. Nie lubi przemocy i nie chce jej używać, nawet jeżeli wymaga tego obrona konieczna. Wolałby już uciec, chociaż nigdy nie znalazł się w sytuacji bezpośrednio zagrażającej jego życiu, więc sam do końca nie wie, jak by się wtedy zachował. Zapewne zagadałby jakoś potencjalnego oprawcę, bo akurat w gadaniu jest całkiem dobry. Poza tym lubi towarzystwo, dlatego często można go spotkać wieczorem, jak się włóczy po mieście (zarówno w dzielnicy jeźdźców, jak i łowców) lub przesiaduje w którejś z wielu karczm. Jego otwartość nie podoba się wielu skrajnym zwolennikom i przeciwnikom smoków, ale Doktor uparcie trzyma się swoich poglądów i nie daje się przeciągnąć na żadną ze stron.
Ciekawostki:
- Smith posiada konia, jak większość mieszkańców Frinescy (których na niego stać). Czasami w wolnej chwili wybiera się na przejażdżkę po okolicy, nie bacząc na czyhające wszędzie niebezpieczeństwa. Uwielbia czas spędzany na łonie przyrody i bardzo łatwo zachwyca się wszystkim, co matka natura ma do zaoferowania.
- Wygląda trochę młodziej, niż powinien.
- Wygląda trochę młodziej, niż powinien.
- Pomimo towarzyskiej natury, często szuka samotności.
- Praktycznie zawsze się uśmiecha.
- Od jakiegoś czasu odruchowo przedstawia się jako "Doktor".
- Praktycznie zawsze się uśmiecha.
- Od jakiegoś czasu odruchowo przedstawia się jako "Doktor".
- Nie lubi gruszek.
***
Witam. Jestem otwarty na wszelkie wątki.
[ Witam na blogu, Doktorze. Jeśli nie masz nic przeciwko chętnie poprowadzę z Tobą wątek. :) ]
OdpowiedzUsuń- Laithel-
[ Mogę zacząć. ]
OdpowiedzUsuńJak zawsze po zleceniu wracała mniej lub bardziej poobijana. Dzisiaj był jeden z tych dni, gdzie miała dość sporo zleceń i miała tyle ran na sobie ile da radę przeżyć normalny człowiek. Weszła do gabinetu Doktora bez pukania. Była tutaj niemal stałym bywalcem i gdyby mogła, to pewnie by tu zamieszkała na stałe. Zastała mężczyznę przy swoim biurku. - Witaj, Doktorku. - uśmiechnęła się koślawo do niego i pozostawiła swój oręż pod ścianą. Zsunęła z siebie futro i usiadła na kozetce. Najmniejszą raną jak zdobiła jej ciało było zadrapanie na policzku. Większym było poparzenie na lewym ramieniu i rozharatany bok. - Chyba robię się za stara na tą robotę. - oświadczyła szczerze pozbywając się skórzanej zbroi.
-Laithel-
Zaśmiała się bez ani krztyny wesołości i oparła się na dłoniach za plecami. - Wiem to, John. - była chyba jedną z osób, która znała i używała imienia Doktora. - Dzisiaj są dla Ciebie rany do zszycia na boku od pazurów i opatrzenie oparzenia. Koszmar Ponocnik, plugawa bestia, ale dostałam za niego niezła sumkę. - powiedziała pozbywając się naramienników. i rękawic z ćwiekami. - Zachowując ostrożność nigdy nie zabiłabym bestii. Czasami muszę iść na żywioł i zdać się na łaskę bogów. Póki co są po mojej stronie. - oświadczyła pewnie obserwując mężczyznę, który zacięcie młócił zioła w miseczce. - Powiedz mi lepiej jak Ci życie mija? Wychodzisz w ogóle poza swój gabinet? - zapytała starając się nie ruszać. Adrenalina już dawno opuściła jej ciało i teraz tak na prawdę odczuwała skutki dzisiejszej walki. Skrzywiła się nieznacznie, sapnąwszy z przejęciem.
OdpowiedzUsuń- Laithel-
[Mam pomysł i nawet zaczne]
OdpowiedzUsuńDziewczyna biegłaprzed siebie ile sił w nogach i ile pozwalała jej sukienka. Przed drzwiami zapukała i nie czekając na odpowiedź wpadła tam zdyszana.
-doktorze mój smok...-musiała wziąć kilka głębokich oddechów-mój smok jest ciężko ranny. Leży na skraju lasu. Prosze mu pomóc błagam-prawie się tam rozpłakała, jej ręce drżały. Tak bardzo bała się o Nessie'go
Zaczęła iść przodem, cała się trzęsła. Kiedy dotarli na miejsce Liz usiadła obok smoka i pogłaskała go po grzbiecie-już jestem mały-uśmiechnęła się czule do niego. Nessie miał na szyi i na boku paskudną rane.
OdpowiedzUsuń-jakiś łowca zaatakował go, ledwo uciekł-z jej oczu popłynęł łzy.
Pokiwała głowa. - Tak, dokładnie te. Wstrętne gady. Bogowie chyba postanowili zrobić sobie rozrywkę, tworząc je. - wywróciła oczami i wysłuchała go nie kryjąc delikatnego uśmiechu. Rzadko się uśmiechała, ale też John nie jest dla niej obcą osobą i ma z nim chyba najcieplejsze stosunki z całego miasta, więc on był godny widzieć jej łagodny uśmiech przeplatany z ledwie widocznym smutkiem. - Wiesz co, Doktorku, nigdy nie słyszałam o Twojej rodzinie. Jedyne co wiem to to, że są łowcami. - rzekła. Syknęła cicho, gdy dotknął oparzenia, ale dzielnie to zniosła nie wydając już z siebie ani jednego dźwięku.- Ay, ay, Kapitanie. - zasalutowałaby, ale no cóż, jedną ręką ruszać nie mogła, a drugą mocno ściskała kraniec kozetki, na której siedziała. - Huh, przepraszam, że zbyt często Cię odwiedzam. Następnym razem postaram się zginąć w boju jak na łowcę przystało! - uderzyła się w pierś z dumą i uśmiechnęła się z ironią. - Ciesze się jednak, że praca sprawia Ci radość i nie robisz tego pod przymusem. Nie ma chyba gorszej rzeczy niż zawód wykonywany wbrew własnej woli.
OdpowiedzUsuń- Laithel-
- Serio? Nie jest najgorzej? Mam wrażenie, że zaraz rozedrę się na pół i tyle ze mnie zostanie. - jęknęła cicho, gdy dotykał jej rany.- Cholera.. - sapnęła cicho uspokajając oddech. - Chyba masz rację, czas zacząć uważać.- zacisnęła mocniej palce na siedzisku kiedy zaczął zszywać ranę. Zaśmiała się cicho i jak najdelikatniej potrafiła. - Spokojna Twoja rozczochrana, Doktorku. Nie śpieszy mi się umierać, mam zamiar powybijać jeszcze z kilkaset tych gadów. - skinęła w stronę okna. - W sumie to.. Nawet nie wyobrażam sobie Ciebie.. w roli łowcy.. Może to dlatego, że.. nigdy nie widziałam Cię z bronią.. Tylko z igłą i nicią. - zaśmiała się ochryple udając jak bardzo ją nie boli.
OdpowiedzUsuń-Laithel-
- Jasne, Doktorku. Zawsze masz rację. Powinnam faktycznie zacząć się Ciebie słuchać. Inaczej trafię tutaj z czymś większym niż poparzenie i rozharatany bok. - zaśmiała się cicho i zaraz tego pożałowała czując rwący ból w boku. Sapnęła cicho i spojrzała na mężczyznę. - Jak Ty sobie radzisz, John, taki bezbronny? Jak małe dziecko. - oświadczyła. - Chyba zacznę chodzić za Tobą w wolnych chwilach jako ochrona. Jeszcze Cię mi gady chapną i kto mnie będzie zszywał? - stwierdziła z butem w głosie, lecz uśmiechu skryć już nie mogła. - Chociaż w sumie, jak smoki zobaczą się z tą potworną igłą i nitką to być może przestraszą się bardziej niż mnie z dwoma mieczami i tarczą. - ponownie się zaśmiała, tym razem delikatniej co nie spowodowało aż tak wielkiej fali bólu i mogła ją spokojnie zignorować. - Ile czas mam uważać na rany tym razem?
OdpowiedzUsuń- Laithel-
Pokiwała głową i pogłaskała Nessie po bysku.
OdpowiedzUsuń-wszystko będzie dobrze mały-zaczęła mówić i powoli dawał mu ryby. Tym napewno się zajmie. Ciągle głaskała go po głowie. Sztyletem odcinała kolejne kawałki ryby.
- Tak, tak.. - burknęła pod nosem jak małe dziecko na marudzenie matki. - Dobrze wiesz, że ciężko jest zachować ostrożność, gdy wielka bestia postanawia Cię zaatakować i pluje ogniem prosto w twarz. - wywróciła oczami i delikatnie zeszła z kozetki. Poruszyła nieznacznie opatrzonym barkiem i zaczęła ubierać zbroję. - Z miłą chęcią do Ciebie wpadnę, John. Przy okazji będziesz mnie mógł poczęstować herbatą. Lubię Twoje ziółka. - uśmiechnęła się przekładając jaszczury przez głowę, by zawisły na plecach. Miecze schowała do nich chwilę później. - Ile jestem Ci winna, Doktorku?
OdpowiedzUsuń-Laithel-
Kiedy tylko wróciła z lasu, Meledeine zsiadła ze swojego tymczasowego smoka i odprowadziła go do stajni.Wrzuciła jeszcze Zębaczowi spory kawałek kurczaka do boksu i prędko skierowała się w stronę miejsca, gdzie aktualnie przebywał Doktor. No a przynajmniej rudowłosa miała nadzieję, że tam był. Idąc tak przez całą stajnię kurczowo zaciskała krwawiącą dłoń. Nie mogła uwierzyć że tak łatwo dała się podejść Nocnej Furii, a tym bardziej że owa Nocna Furia ją ugryzła. Przecież jej poprzedni smok chyba nigdy nie posunął się do czegoś takiego...W końcu dotarła do swojego celu i delikatnie zapukała zdrową ręką do drzwi. Przez chwilę stała i oczekiwała jakiejś reakcji, jednak nie usłyszała kompletnie nic więc zaczekała grzecznie, przyglądając się kapiącej na ziemię krwi z jej ręki. - Oh feck.
OdpowiedzUsuńWywróciła oczami i szturchnęła go lekko łokciem w bok. - Nie bądź złośliwy. - mruknęła z cichym śmiechem. Wzięła od niego świstek i przeczytała go, po czym ukryła w kieszonce kamizelki. Od spodni odczepiła sakwę i wygrzebała odpowiednią sumę. Położyła mu na stoliku i uśmiechnęła się lekko.- To do zobaczenia na herbacie, John. - kiwnęła lekko głową i zabrała z pod ściany tarczę, po czym wyszła zamykając za sobą drzwi. Czas poszukać sobie spokojnego miejsca na odpoczynek. Karczma dal łowców wydawała się do tego wręcz idealnym miejscem.
OdpowiedzUsuń-Laithel-
-Dobry wieczór, Doktorze. - uśmiechnęła się do niego krótko kiedy tylko go zauważyła i cierpliwie zaczekała, aż ten otworzy drzwi do swojego domu. Weszła do środka i rozejrzała się dookoła. Jakoś tak lubiła to miejsce, pomimo tego że wszystkim innym kojarzyło się z bólem i dziwnymi maściami na oparzenia. Usiadła na jednym z krzeseł obok stołu, cały czas przyciskając do siebie zakrwawioną dłoń. - Nie, to robota pewnego dzikusa z lasu. Znalazłam Nocną Furię i skubaniec jest ciężki do wytrenowania. - przyznała i zerknęła na swoją ranę, ale dość szybko przeniosła wzrok, bo nie wyglądało to najlepiej. - Podopiecznemu nie dałabym się tak łatwo podejść. - westchnęła, cały czas żałując tego że nie była ostrożniejsza przy tym smoku. To że z jednym przedstawicielem Czarnych raz dobrze jej szło nie oznacza, że każdy smok tego rodzaju będzie potulny i przyjaźnie nastawiony. Wiedziała to, ale mimo to musiała popełnić jakąś gafę.
OdpowiedzUsuńMeledeine obserwowała jak Doktor przygotowuje niezbędne narzędzia do opatrzenia rany i odchyliła głowę do tyłu, opierając ją o ścianę. - Będzie bolało? - zapytala go niczym przestraszona pięciolatka i wlepiła w niego pytające spojrzenie.