Laithel 'Ren' Venator
| O Niej Samej |
Jest kobietą w wieku powyżej 20 lat. Mieszka samotnie w chacie znacznie oddalonej od miasta. Nie posiada nazwiska, wyrzekła się go. Zastąpiła je łacińskim słowem Venator (tł. Myśliwy). Rzadko przedstawia się swoim imieniem. Najczęściej używa pseudonimu Ren, wyciągniętego z imienia matki - Marena.
Posiada w sobie tyle uczuć ile jest wody na pustyni. Jej kontakt z ludźmi ogranicza się do minimum. Nie spoufala się z klientami; jedyna ważna rzecz w rozmowie z nimi to ilość pieniędzy za wykonanie zlecenia.
Posiada w sobie tyle uczuć ile jest wody na pustyni. Jej kontakt z ludźmi ogranicza się do minimum. Nie spoufala się z klientami; jedyna ważna rzecz w rozmowie z nimi to ilość pieniędzy za wykonanie zlecenia.
Szczerze nienawidzi smoków i ludzi im sprzymierzonym. Swoją niechęć zawdzięcza tragedii z dzieciństwa, gdzie smok na jej oczach zamordował matkę i ojca - oboje łowców.
Fach był u niej rodzinny, uczony z pokolenia na pokolenie.
| Wygląd |
Wyglądem nie zadziwia, bo nie tego oczekują w jej zawodzie. Zwykłe, niebieskie oczy, długie blond włosy i jasna cera.Włosy wiąże tak, by nie przeszkadzały jej w pracy. Zwykły warkocz, kłos lub lekko podwiązane z tyłu głowy. Jej wzrost waha się od 165 do 167, a waga jest jak najbardziej prawidłowa. Ubiera się w stroje najczęściej z bawolej skóry i wilczego futra. W porywach nałoży na siebie coś lnianego lub uszytego ze zwykłego materiału. Sukni u niej brak. Chyba, że koniecznie musi. Stałym elementem jej stroju są dwa miecze obosieczne - srebrny i żelazny. Doszukać można się również sztyletów poukrywanych w cholewach wysokich butów, rękawach, a i nawet rękawiczkach z ćwiekami na knykciach. Normalnym jest to, że zawsze ma przy sobie tarczę naszpikowana żelaznymi kolcami.
| Historia i charakter w pigułce |
Zamknęła się w sobie po śmierci rodziców. Przed ich śmiercią była uśmiechniętym dzieckiem. Zabawnym, rządnym przygód i ciekawskim. Nie znała okrucieństw życia, a prawdziwe walki ze smokami znała tylko z opowieści ojca i matki. Gdy zaczynała szkolenie miała niecałe 10 lat. Rok później zginęli jej najbliżsi. Żądna zemsty i zrozpaczona poprzysięgła sobie, że zabije wszystkie smoki, które staną jej na drodze. Kontynuowała naukę w szkole, choć za życia jej rodzice nie chcieli jej do niej posyłać. Z czasem przestała się uśmiechać i dostrzegać radość z życia. Cała jej uwaga kręciła się wokół treningów i nauce o smokach. Zaślepiona zemstą nie spostrzegła, że odcięła się od rówieśników, ludzi ją otaczających. Sama stała się bezwzględnym potworem nawet o tym nie wiedząc.

| Inne |
Oczywiście jako pełnowartościowy łowca potrafi jeździć konno, a walka w siodle nie sprawia jej większej trudności. Perfekcyjnie włada bronią białą, nie tylko mieczem. Znaczne trudności sprawia jej strzelanie z łuku/kuszy i rzucanie sztyletami na daleką odległość. Nie posiada lęku wysokości natomiast źle znosi podróże morskie. Stara się nie zbliżać do wody na odległość wyrzutu fal na plaży. Miłośniczka dobrej muzyki i tańca. Zwolenniczka dobrych win i przeciwnik piwa. Panicznie boi się gryzoni i nie lubi przesiadywać w zamkniętym pomieszczeniu. Jej ukochany koń nosi imię celtyckiego bóstwa- Kelpie.
________________________________________________
Nie zostało mi nic innego jak przywitać się jako autor postaci. Witam wszystkich serdecznie.
Jeśli w sprawie postaci/ gry macie do mnie pytania zgłaszać się proszę pod KP lub na GG (38472563)
Jestem otwarta na wszelkie wątki i nowe znajomości.
-Erehna-

(No proszę... Zobaczyć tak szybko nową postać na blogu to ja się nie spodziewałem c: Naturalnie bardzo chętnie zgłaszam się do wątku tylko daj znać czy masz jakieś preferencje / pomysł.)
OdpowiedzUsuń[Oczywiście, że nie mam nic przeciwko. Zaczniesz, czy ja? c:]
OdpowiedzUsuńDzisiejszy dzień, jak każdy inny, obfitował w wizyty różnego rodzaju pacjentów. Od takich z niegroźnymi zadrapaniami, po złamania czy inne poważniejsze obrażenia. Przed paroma minutami wypuścił jakieś dziecko z gorączką i katarem, a teraz po umyciu rąk mógł wreszcie zabrać się za lekturę. Zasiadł przy swoim biurku, jednak nie było dane przejrzeć mu więcej jak kilka stron, gdy drzwi gabinetu otworzyły się ponownie. Doktor podniósł głowę znad dość sfatygowanego tomu i spojrzał na przybyłą łowczynię. Uśmiechnął się lekko na jej widok i odłożył księgę na bok. - Witaj, Ren. - powitał kobietę, nie zdradzając ani krzty niechęci czy znużenia pracą. Lubił ten zawód i jak na razie wciąż był pełen energii i życzliwości dla każdego pacjentów. - To co dzisiaj dla mnie masz? - zagadnął, wstając z krzesła i podchodząc bliżej, by przyjrzeć się obrażeniom panny Venator. Wymamrotał coś pod nosem i wziął czajnik napełniony świeżą wodą, po czym zawiesił go nad kominkiem, by ją zagotować. Mimo niezbyt rozwiniętego postępu medycyny w ich czasach, Smith wierzył, że zachowanie czystości ran, pomaga w ich gojeniu. Podczas gdy woda się gotowała, sięgnął do swego zbioru przydatnych ziół, wybrał parę łodyg jednego z nich i zaczął ucierać na papkę, która miała złagodzić ból poparzenia. - E tam, bzdury gadasz. Jeszcze w życiu niejedną bestię złapiesz. Chociaż nie przeczę, że mogłabyś trochę bardziej na siebie uważać. - powiedział pogodnym tonem i zerknął na nią znad miski z powstającą mazią.
OdpowiedzUsuń- Nie wątpię. - zapewnił, kiedy wspomniała o sumce za smoka i mocniej zaatakował papkę w misce. Zmierzył powstałą breję krytycznym spojrzeniem i dorzucił trochę ziela, po czym znów zaczął ucierać. - To te gady z irytującą zdolnością samozapłonu? - dopytał, bo nie orientował się na tyle w rasach skrzydlatych jaszczurek, aby być pewnym, ale ta nazwa tak właśnie mu się skojarzyła. - Może i tak, nie znam się na tym. I właściwie nie chcę się znać. Wystarczy, że za każdym razem jak odwiedzam rodzinę, to się nasłucham o tym, ile to smoków nie zabili i ile to na tym nie zarobili. Gdyby choć połowa ich opowieści była prawdziwa... - zaśmiał się i wziął miskę w rękę, by podejść z nią do Ren i ostrożnie nałożyć podejrzanie pachnącą maź na oparzenie. - Postaraj się nie zetrzeć. - poprosił i poszedł po jakieś czyste bandaże. Zanurzył je w chłodnej wodzie i delikatnie owinął poszkodowane ramię. - A u mnie po staremu. Ostatnio odnoszę wrażenie, że nie robię nic innego, niż opatrywanie jakichś rozcięć po bójkach i zaczyna mi już brakować wszystkiego, ale daję radę. Nawet od czasu do czasu udaje mi się wyrwać na dwór, więc nie jest tak źle. - powiedział i zdjął czajnik z ognia.
OdpowiedzUsuń- Bardzo możliwe. Jakbym był jednym z nich, to pewnie też robiłbym wszystko, żeby uprzykrzyć ludziom życie. - stwierdził półżartem, wciąż utrzymując na twarzy lekki uśmiech. Nie było to nic dziwnego, uśmiech towarzyszył Doktorowi praktycznie zawsze i wszędzie, chyba że znalazł się w naprawdę poważnej sytuacji. - Nie ma o czym mówić. - rzucił odnośnie rodziny i zamoczył czystą szmatkę w ciepłej wodzie. - Większość to łowcy, więc rozmowy w domu zwykle schodziły na temat pracy. Mnie jakoś nigdy do tego nie ciągnęło. - wzruszył ramionami i zaczął ostrożnie obmywać brzegi ran, regularnie przepłukując szmatkę. - No, nie jest tak najgorzej. - skwitował optymistycznie i gdy skończył, wziął odpowiednie narzędzia do zszycia tych największych rozcięć. - Nie będzie bolało. - zapewnił, ale prawdopodobnie oboje zdawali sobie sprawę z tego, że kłamał. Zawsze tak mówił pacjentom, sam do końca nie wiedział dlaczego. Może wierzył w to, że psychiczne nastawienie zmniejszy ból? A może i nie. W końcu zabrał się do szycia, podczas roboty kontynuując swoją opowieść. - Na początku nie spodobało im się to, że wcale się nie wybieram do szkoły łowców, ale nie mieli innego wyjścia, jak to po prostu zaakceptować. - wyszczerzył zęby, ale gdy usłyszał tekst o śmierci w boju, szturchnął ją lekko. - Ja Ci dam! Może kiedyś spotka Cię tak zaszczytna śmierć, ale raczej nie w najbliższym czasie, co? Chyba nie chcesz, żebym został bez pracy? - sprawnie skończył zszywanie i ruszył po bandaże na opatrunek. - O tak, wolę nawet nie myśleć, jak bym się czuł, gdybym jednak uległ presji rodziny. - westchnął.
OdpowiedzUsuń- Oj, przesadzasz! - skarcił ją żartobliwie, ale to w końcu nie on miał takie rozcięcie, które miało pełne prawo sprawiać wrażenie przepołowienia. Jakoś pocieszać i zagadywać pacjentów jednak trzeba było, zwłaszcza gdy jedynym środkiem przeciwbólowym był alkohol i ewentualnie jakieś ziółka. Jako że o ziółka było ciężko, a alkoholem nie lubił tępić swoich zmysłów, pozostawało mu jedynie słowo. - Chyba. - prychnął cicho. - Doktor ma zawsze rację, zapamiętaj to sobie. - pouczył ją tonem mędrca i choć ta wypowiedź brzmiała chyba najpoważniej z dotychczasowych, jak na ironię wcale poważna nie była. - Gady z pewnością nie będą tą wieścią uradowane. - orzekł, odruchowo kierując wzrok w stronę okna, za jej skinieniem. Po chwili już zajmował się bandażowaniem wszelkich ran, co mogło zająć trochę czasu ze względu na ich liczebność. - Nie lubię nosić ze sobą broni, prawdę mówiąc nie mam żadnej. Co najwyżej jakąś starą tarczę.
OdpowiedzUsuń- Powinnaś już dawno. - mruknął pod nosem. Nikt go nigdy nie słuchał i pewnie dlatego miał tyle pracy. Nie żeby na to narzekał. - Jakoś do tej pory sobie radzę, nie potrzebuję nańki. - stwierdził z rozbawieniem. - Widzisz, to na pewno mój osobisty urok trzyma mnie przy życiu. A smoki najprawdopodobniej będą uważać mnie za nieszkodliwego, opcjonalnie zbyt słabego lub nienormalnego, żeby zawracać sobie mną głowę i może uda mi się uciec w razie czego. - zażartował, chociaż do tej pory nie spotkał się na swoje szczęście z żadnym dzikim gadem. Być może ze względu na brak broni słowa Doktora by się sprawdziły, ale to nigdy nie wiadomo. - A po co miałaby mi być igła i nić w lesie? Bo tutejsze smoki raczej mi nie grożą. - uśmiechnął się lekko i zakończył bandażowanie ran. - Najlepiej jak najdłużej, ale zobaczymy, jak się będą goić. No i przyjdź jutro na zmianę opatrunku. Przy odrobinie szczęścia tydzień powinien wyglądać, chociaż ta największa rana może potrzebować trochę więcej czasu. - ocenił ostrożnie i odniósł resztę bandaża na miejsce.
OdpowiedzUsuń- No... właściwie to nie wiem, bo nigdy żadna wielka bestia nie postanowiła mnie zaatakować i nie pluła mi ogniem prosto w twarz. - wyszczerzył się nieco zaczepnie, chociaż szybko znów przybrał minę bardziej odpowiednią dla osoby o jego stanowisku, cokolwiek to znaczy. Cóż, Doktor nigdy nie był zbyt poważny, czego chyba należałoby się po nim spodziewać. - Jasne, będzie herbata. Jeszcze zostało mi ziółek, ale chyba będę musiał się postarać o jakąś dostawę. - stwierdził i później podał jakąś nieco zaniżoną cenę za cały zabieg, gdyż nigdy jakoś nie ciągnęło go do bogactwa. Zawsze brał mniej pieniędzy, niż wziąłby normalny medyk, byleby wystarczyło mu na utrzymanie konia i siebie.
OdpowiedzUsuń- Ja? Złośliwy? - powiedział niby to z oburzeniem, udając, że rozmasowuje szturchnięty i jakże bolący przez to bok. Wziął pieniądze i skłonił się. - Dziękuję i polecam się na przyszłość! - kiwnął też głową na potwierdzenie herbatki i pożegnał się krótkim "Bywaj", po czym zajął się lekturą książki i sprawdził też swoje zapasy ziółek, aby nie zawieść Ren i mieć z czego zrobić bardzo dobrą herbatkę.
OdpowiedzUsuń